Sezon ogórkowy (tzn. deszczowo-pochmurne tegoroczne lato) w pełni, więc warto przypomnieć algorytmom Google o swoim istnieniu. Tym bardziej, że niedawno zakończyłem miesięczny kawowy detoks i z chęcią podzielę się swoimi wnioskami. A od poprzedniego posta chwila minęła.
Zacznę od tego, że ja do około 30. roku życia (czyli dość dawno 😉) kawy nie piłem praktycznie w ogóle. Praktycznie na palcach obu rąk mogłem policzyć naczynia (filiżanki/lubki/szklanki) kawy które wypiłem w życiu. Na myśl o sypanej tzw. “plujce” trzęsło mnie niemiłosiernie, a kawa rozpuszczalna jakoś nigdy nie była dla mnie kusząca.
Ponadto (a może nawet przede wszytkim) – ja nigdy nie czułem potrzeby podbijania ciśnienia ani energii za pomocą kofeiny. Będąc całe życie osobą aktywną dopaminę i endorfiny znajdowałem w sporcie, a tak zwane “niskie ciśnienie” i zmiany pogody wywoływały u mnie jedynie wzruszenie ramion.
W sidła nałogu 😉 wpadłem inaczej, znacznie bardziej prozaicznie. W starym powiedzeniu “Dla towarzystwa Cygan dał się powiesić”, a ja dla towarzystwa zacząłem pić kawę.
Kuchnia marzeń – osiołkowi w żłobie dano
W moim CV jest prawie dekada pracy w Ericssonie (wcześniejszym Ericpolu). Jako firma wyrosła na skandynawskim podejściu do pracownika, Eric(pol/son) o pracowników dbał. Także w warstwie kuchennej.
Jakim dla mnie szokiem było to, jak w pierwszym dniu mojej pracy stanąłem w kuchni, otworzyłem szafki i moim oczom ukazał się nieznany wcześniej z pracy w centrali banku 😉 dobrobyt. Czego tam nie było! Herbaty? Proszę bardzo – sypane, ekspresowe, czarne, zielone, smakowe, cała szafka, do wyboru do koloru. Zioła? mięta, melisa, plus kilka innych których nie pamiętam, a wiem, że były bo zajmowały przestrzeń 😉 kawy? Proszę bardzo. Ziarnista? Lavazza. Mielona? Bodajże ze dwie dodatkowe marki. Wolisz rozpuszczalną? Jacobs i jeszcze jakaś inna. I to wszystko nie tylko dla zarządu 😉 IFKWIM.
A, no i mleko. Tyle mleka, że niejednego cielaka by się tym mlekiem wykarmiło.
Wszystko na koszt firmy, na bieżąco uzupełniane. I nikt nie częstował się bardziej, niż do użytku bieżącego w biurze. Da się? Da się.
A że trafiłem do pokoju z fajnymi ludźmi, wkrótce zaadoptowałem ich codzienny rytuał (który szybko stał się i moim codziennym rytuałem). Rytuał nazywał się swojsko:
“Chodź na kawę”
Była kawa. Nawet całkiem dużo tej kawy.
No i chodziliśmy. Codziennie, po dwa, trzy, czasem nawet więcej razy dzienne 😁 a człowieka takiego jak ja, składającego się praktycznie z samej ekstrawersji w wersji stadnej zachęcać nie trzeba. Więc chodziłem na kawę. A że z gorzkich smaków preferuję inny napitek, to żeby kawę pić, piłem z mlekiem. Bo dla mnie kawa jest jak whisky – bardzo lubię, pod warunkiem, że doleje się do niej czegoś, co zmieni bazowy smak 😁
A że przyszedł taki moment, że co się człowiek przewinął w kuchni, to podstawiał kubek pod ekspres kilka razy dziennie, to potrafiłem kilka kaw w ciągu dnia (pracy) obrócić. A że dzień nie kończył się wraz z wyjściem z biura, to w domu z żoną 1-2 kawy potrafiłem przyjąć dodatkowo. Nie trzeba człowieka z 90% na rozszerzonej maturze z matmy, żeby stwierdzić, że kofeinę przyjmowałem w wersji “na bogato”.
A i sama kawa jakaś taka duża
Bo ja lubiłem pić duże kawy (w sensie i dużo kawy i dużo mleka). Może nie takie jak Amerykanie, których zapamiętałwm z dawnych czasów Work&Travel, ale wciąż duże. Czy w domu, czy w kawiarni, czy w Macu, czy w Żabce (tak, i się tego nie wstydzę 😁)
Nietrudno się doliczyć, że liczba kaw, a co za tym idzie ilość kofeiny, jaką przyjmowałem do najniższych nie należała. I z perspektywy czasu patrząc, o ile organizm człowieka który jest bliżej trójki jest w stanie wybaczyć więcej – to organizm człowieka kończącego czwartą dekadę wybacza mniej.
Bo kawa, zwłaszcza w dużych iościach ^^ świetnie pobudza, podnosi ciśnienie krwi i wzmacnia przewodzenie nerwowe (sprawdzić w śródłach). Ale (przynajmniej w moim przypadku), potrafi też wprowadzić w stan “ZBYT” 🙂
Pokawowy, kofeinowy stan “ZBYT (…)”
U mnie to “zbyt” to były:
- Zbyt wysoki poziom pobudzenia (muszę się zająć tym zadaniem TERAZ! I tym też, i tym też. OOooo, i tamtym oczywiście też) przeradzającego się w stres (czasem nawet zahaczając o lekkie stany określane po angielsku jako “anxiety”) , w dodatku utrzymujący się nieprzyzwoicie długo.
- Zbyt wysoka skłonność do multitaskingu (O, to w połowie zadania A koniecznie zacznę zadanie B, odpiszę na 2 notyfikacje na Teamsach, bo właśnie się pojawiły, oraz napiszę do kogoś, co tam u niego w zespole 🙂)
- Zbyt długi czas spędzany na wysokich obrotach (robiąc przerwę mentalnie kurczowo trzymałem się tego co robiłem przed przerwą, żeby mi nie uciekło)
- Zbyt płytkie zaangażowanie i uważność przy podejmowanych tematach (słyszałem ŻE ktoś do mnie mówi, słyszałem CO mówi, ale SENS tego co było mówione jakoś rozwiewał się jak poranna mgiełka w promieniach słońca…)
Jak widać, konsekwencji negatywnych miałem całkiem sporo. Nie ukrywam, praca w korporacji zapewnia dość sporą ilość bodźców by default 😉 zatem ich dodatkowa ilość i intensywność nie wpływają pozytywnie na produktywność 🙂.
Trzeba wiedzieć, kiedy ze (spożycia) zejść
A ponieważ zacząłem odczuwać negatywne skutki nadmiernej ilości kawy – stąd co jakiś czas zacząłem robić sobie przerwy. Taki kawowy detoks, który miał w zamyśle zresetować moją tolerancję na kofeinę, obniżyć potrzebę (nawykową?) rozpoczęcia dnia od kawy i trochę uspokoić plan dnia. Nie ukrywam, że ja robiłem to instynktownie (jak to biegacze mawiają – słuchaj organizmu). Natomiast jakiś czas potem podobną radę usłyszałem u Chrisa Bailey’a w podcaście Time and Attention.
Tydzień, czasem dwa tygodnie – pozwalało to trochę wypłukać z organizmu kofeinę i wrócić bliżej stanu wyjściowego. Natomiast ponieważ nie następowała zmiana głównego nawyku (samego picia kawy) – po jakimś czasie negatywne skutki wracały. Czasem trwało do dłużej, zwłaszcza w sytuacjach mniejszego obciążenia pracą, dłuższych przerw, wyjazdów, itp. Czasem trwało krócej. Ale zawsze kończyło się potrzebą uspokojenia, odreagowania, zrelaksowania.
Aż nadszedł koniec czerwca 2025 i postanowiłem, że potrzebuję zrobić dłuższy detoks, a po nim zmienić schemat picia kawy. Rozwiązania systemowe czasem wymagają więcej zaangażowania, ale efekt najczęściej jest tego warty. Tutaj (uprzedzając fakty) – był. I WCIĄŻ JEST.
Kawowy detoks.
Mój mały, nietiktokowy challenge to był “miesiąc bez kawy”. Cały miesiąc, od początku do końca lipca. Bez wyjątków. Z doświadczenia wiedziałem (choć przyznaję, trochę na początku zapomniałem), że pierwsze parę dni jest niełatwe.
Dzień pierwszy jest ok (organizm nie przeczuwa co się dzieje). Zdarzają się dni bez kawy. Dzień drugi zaczyna się odczuwać lekkie, wewnętrzne WTF – “co się dzieje?”). Za to dzień trzeci to już klasyczny syndrom odstawienia. Ból głowy od samego rana, rozdrażnienie, poirytowanie i trudności z koncentracją. Pełny pakiet.
Dzień czwarty – fala opada, choć wciąż jeszcze odczuwa się wewnętrzny brak czegoś, a gdzieś w okolicy 5-6 dnia wraca spokój i harmonia (nie żartuję!).
… I to kawowy detoks na urlopie
U mnie te pierwsze dni były tym razem niełatwe, bo zrobiliśmy sobie z żoną kilka dni workation w Gdańsku. A spacery po Dawnym Mieście (tak się nazywa w Gdańsku Starówka) to co chwila pokusy. Tu kawiarnia, tam knajpka, gdzie indziej widoczek. Aż się prosi o jakieś dobre cappucino albo cafe latte. Ale, cytując klasyka:
Twardym trzeba być, a nie miętkim
Na szczęście udało się udobruchac organizm zieloną herbatą i ciastami ^^ (serio, pistacjowy sernik baskijski w kawiarni Drukarnia miażdży system), a potem to już samo poszło.
Praca z domu i tzw. przerwy “kawowe” (lub przygotowywanie napojów ciepłych i zimnych w trakcie calla z wyłączoną kamerką) to przez jakiś czas była pokusa (nawet po tym jak już przeszła mi mocna, napadowa chęć strzlenia sobie kawki z mlekiem). Uudało się to ograć hurtowym zamówieniem dobrej herbaty i parzeniem na litry. Moimi tegorocznymi odkryciami są herbata czarna z płatkami róż (pycha), oraz zielona herbata z jaśminem. Coś dobrego, coś ciepłego i nieklasyczny smak i aromat. I Od dłuższego czasu nie odczuwam już przemożnej chęci łyknięcia kofeiny tą drogą.
Tak, mam świadomość, że zielona herbata (w sumie czarna też) mają kofeinę – jednak tutaj pokazują, że jest jej kilkukrotnie mniej niż przyjmowałem ja. I najwyraźniej wystarczająco mało, żeby mój organizm przerobił ją bez negatywnych efektów.
Bezkawowy stan euforii.
No dobrze, powiecie, ale czy kawowy detoks coś mi dał? Czy było warto?
Było i to bardzo. Po pierwsze – odkąd przestałęm pić kawę, mój poziom pobudzenia by default jest dużo niższy. Czyli coś, co wcześniej by mnie “ruszyło” (ang. strigerrowało) od razu – dziś wywołuje u mnie niewielką/żadną reakcję.
Po drugie – dużo jaśniej i klarowniej (a właściwie jasno i klarownie) mi się myśli, nawet po kilku godzinach wypełnionych angażującymi spotkaniami. Wcześniej układ nerwowy potrafił powiedzieć “dość” i po prostu po pewnej godzinie stwierdzić, że to chyba za dużo na dziś.
Bo wiecie, jak Wy nie zrobicie przerwy w odpowiednim momencie, to Wasz organizm zrobi przerwę za Was, kiedy uzna za stosowne. Nie zawsze wtedy, kiedy byście chcieli.
Mniej obciążony układ nerwowy (na niższym poziomie oraz w krótszych przedziałach czasu), to niższa amplituda górek i dołków. Do tego łatwiejsza koncentracja, trudniejsze wybijanie się z niej i szybsze powracanie na właściwsze tory. Czyli stabilniejsza praca. Czyli lepsze efekty i większy “uzysk” z każdej przepracowanej godziny.
W momencie, w którym piszę te słowa jestem od 35 dni bez kawy i wcale za nią nie tęsknię. Co nie znaczy, że już się jej nie napiję. Bo fakt – nie odczuwam już wewnętrznego, fizycznego lub psychicznego przymusu wypicia kawy (czyli de facto – symptomów uzależniania) – a odczuwałem. To jedno.
Ale nie ukrywam, że dobra jakościowo, podana do stolika w fajnej klimatycznej kawiarni wypita w spokoju i relaksie z uśmiechniętą i zadowoloną żoną siedząca po drugiej stronie – ma w sobie to coś, dla czego warto przyjąć tę większą niż zwykle dawkę kofeiny. Plus zawsze na miejscu mają do tejże kawy jakiś przysmak. Same plusy.
A jak u Was? Jak na Was działa kawa? Jakieś efekty uboczne? Jeśli tak – próbowaliście detoksu? Zadziałało?
Dzięki za przeczytanie i do następnego,
Marcin